środa, 16 sierpnia 2017

Podwójny nagietek: macerat i myjadło dla leniwych

Sezon na nagietki powoli dobiega końca i pogania, żeby coś jeszcze z nich wycisnąć. Czy warto? Oczywiście! Nagietek jest bogaty nie tylko w przeciwutleniacze, ale przede wszystkim świetnie działa na gojenie się ran i wpływa na odnowę naskórka. Można potraktować go w sposób tradycyjny, smażąc bogate maści, ale o tym innym razem. Dziś przychodzę z przepisami bardzo prostymi, które wymagają minimum czasu i umiejętności.



Macerat nagietkowy na zimno

Potrzebujemy do niego dwóch składników:

-kwiatów nagietka
-oleju słonecznikowego (lub innego rafinowanego - moja cera lubi ten)

To właściwie najłatwiejszy do zrobienia z moich ukochanych kosmetyków. Kwiaty nagietka wrzucamy do słoika i zalewamy olejem słonecznikowym (olej musi przykryć kwiaty). Odstawiamy na parapet i dwa razy dziennie porządnie wstrząsamy. Olej będzie stopniowo nabierał pomarańczowego koloru, a wraz z nim, wielu cennych dla cery substancji. Po dwóch tygodniach odcedzamy kwiaty za pomocą sitka, a olej zlewamy do ciemnej butelki i przechowujemy w lodówce. Można go używać samodzielnie albo przyrządzić na jego bazie krem.

UWAGA: Najwięcej dobroci uzyskamy krojąc nagietek na drobne części. Ja jednak pozostawiłam kwiaty w całości, żeby wykorzystać je w kolejnym przepisie do dekoracji.

Żelo-pianko-galaretki do mycia

Do ich wykonania potrzebne będą:

-kwiaty nagietka
-żelatyna (2 łyżki) lub agar
-żel pod prysznic (lub samodzielny detergent np. Coco glucoside lub ,,czym chata bogata")
-woda (3/4 szklanki)

Zaczynamy od przygotowania foremek. W każdej z nich układamy na dnie kwiatek (przodem do dołu).
Żelatynę lub agar rozrabiamy w rondelku w wodzie (ja robię to w ten sposób, że żelatynę w proszku wrzucam do zimnej wody, czekam 5 minut, aż lekko napęcznieje, tworząc grudkowaty żel i dopiero wtedy lekko ogrzewam na palniku - rozpuszcza się znaacznie szybciej niż we wrzątku). Później dodaję 3-4 łyżki żelu pod prysznic i dokładnie mieszam (a właściwie robi to moja córcia, która kwiatowe galaretki wprost uwielbia: zarówno przyrządzać, jak używać). Lekko spieniamy zawartość naczynia. Do każdej foremki staramy się wlać trochę klarownego płynu i trochę pianki. Odstawiamy w chłodne miejsce aż wystygnie i stężeje, a następnie wyjmujemy i możemy się myć.
Nawiasem mówiąc, przepis na te galaretki jest bardzo wdzięczny przy dzieciakach, które lubią robić i dekorować myjadełka, ale niespecjalnie radzą sobie z masą mydlaną.




sobota, 12 sierpnia 2017

Co zrobić z nielubianym balsamem? Prosta zmiana i wymarzony efekt na lato.

Są kosmetyki przy których można wyzionąć ducha (bez obaw, w przenośni ;) zanim dotrze się do denka. Wydają się nigdy nie kończyć, a dla mnie osobiście najgorsze jest to, gdy są wyjątkowe w swojej nijakości.

Co z takim zrobić?
Ja robię to:



Balsam, który fenomenalnie wygładza, zmniejsza cellulit i pomaga opanować rogowacenie przymieszkowe

Tuning balsamu jest prosty wprost banalnie. Potrzebujemy czegoś do mieszania i dwóch składników (opcjonalnie trzech).
Szykujemy sobie kawę rozpuszczalną w saszetce (lub w wersji na bogato - kofeinę) oraz mocznik.
Mocznik, obecny w sporym stężeniu ułatwi usunięcie zrogowaciałego naskórka - szorstkie łokcie czy kolana nie mają z nim szans, łagodzi zmiany na skórze związane z rogowaceniem przymieszkowym (czyli charakterystyczne kropki-górki), zmniejsza też tendencję do wrastania wydepilowanych włosów. Dodam, że gładkość i miękkość skóry jest przy jego regularnym używaniu wręcz imponująca.
Kawa w naszym balsamie będzie źródłem kofeiny pobudzającej krążenie. Więcej możecie poczytać o niej tutaj. Dzięki jej obecności możliwe jest pobudzenie krążenia, a więc zmniejszenie cellulitu oraz usunięcie opuchlizny z nóg.
Można też pokusić się o odrobinę błysku. Połyskująca delikatnie mika (lub nawet cień czy rozświetlacz, który Wam się pokruszył, byle nie przeterminowany) sprawi, ze balsam będzie przy okazji takim bb-oszustem, dzięki któremu skóra wyda się jeszcze gładsza.

Do wykonania potrzebujemy:

-balsamu, który się nie spisuje (200ml)
-małej saszetki kawy rozpuszczalnej (lub 0,5g kofeiny)
-2 łyżek stołowych mocznika
-miki lub połyskującego cienia czy rozświetlacza (5g)

-coś do wymieszania, wystarczy metalowa łyżeczka



Jak się za to zabrać?

Ja zaczynam od dokładnego pokruszenia łyżeczką cienia lub rozświetlacza (oczywiście robicie to, jeśli się na niego zdecydujecie). Ten składnik miesza się z balsamem najgorzej, ale drobno rozkruszony i wstępnie wymieszany z niewielką ilością balsamu, bez problemu połączy się już z resztą.
Dalej wsypujemy mocznik. Całość balsamu pewnie zrobi się wtedy chłodna i trochę rzadsza. Dzieje się tak dlatego, że mocznik dość mocno wpływa na wiązania wodorowe obecne w rozmaitych koloidach, wiec zmiana struktury nie obędzie się bez zmiany konsystencji. Dalej czas na kawę. Jeśli mamy większe granulki, to po wsypaniu polecam poczekać dłuższą chwilę (np. kwadrans) - zmiękną i będzie je łatwiej wmieszać. Mieszamy do momentu, kiedy całość stanie się jednolita.

Mnie jest znacznie łatwiej doczekać teraz do denka. A jakie są Wasze sposoby na nielubiany balsam?




sobota, 22 lipca 2017

Pojedynek Fructis Oil Repair 3 Butter vs Nivea Hairmilk vs Botanicals Fresh Care. Szczera opinia.

Zazwyczaj w przypadku koncernowych kosmetyków mam tak, że stoję, myślę i nic mnie nie urzeka, ostatnio jednak w drogeriach pojawiły się trzy serie, których bardzo chciałam spróbować. Garnier, L'Oreal i Nivea wprowadziły wprawdzie więcej nowości, wybrałam jednak te przeznaczone z definicji do suchych, problematycznych włosów: szampon i maskę Fructis Oil Repair 3 Butter, szampon i balsam Botanicals Fresh Care z olejem z krokosza oraz szampon i odżywkę Nivea Hairmilk w wersji do cienkich włosów. Z tą ostatnią pozycją to właściwie dopasowanie połowiczne - moje włosy mają zróżnicowaną grubość. Te przy twarzy i z przodu, aż do czubka głowy to cieniutkie, słabe i przezroczyste niteczki, natomiast za uszami i nad karkiem - prawdziwe druty. Uznałam, że te pierwsze są większym wyzwaniem i... chyba faktycznie są ;)



Przedstawię pokrótce każdą serię, swoje oczekiwania i to, co dzieje się na włosach.

Zacznijmy od...

Nivea Hairmilk

Obietnice krążą wokół regeneracji bez obciążania i pielęgnacji pełnej protein mleka. Jak to zwykle bywa, INCI widzi sprawę nieco inaczej:

Aqua, Cetyl Alcohol, Myristyl Alcohol, Dimethicone, Cetrimonium Chloride, Stearamidopropyl Dimethylamine, Lanolin Alcohol (Eucerit®), Hydrolyzed Milk Protein, Panthenol, Guar Hydroxypropyltrimonium Chloride, Coco-Betaine, Sodium Chloride, C12-15 Pareth-3, Cocamidopropyl Betaine, Lactic Acid, Phenoxyethanol, Limonene, Linalool, Geraniol, Benzyl Alcohol, Citronellol, Alpha-Isomethyl Ionone, Parfum.

emolienty 
antystatyki i substancje kondycjonujące
substancje pomocnicze (modyfikują konsystencję, pH, zapach, konserwują) 
proteiny
humektanty
inne substancje czynne

Mamy odżywkę ze sporą ilością emolientów, kondycjonerów oraz jednym rodzajem protein i panthenolem. Całość jak najbardziej zgodna z filozofią włosową Nivea ;) Włosy powinny być po niej miękkie i zdysyplinowane. I u mnie tak właśnie jest, ale nawet nie rozważm opcji, żeby używać tej serii co mycie.
Czemu?
Jeśli te kosmetyki są faktycznie dopasowane do cienkich włosów, to wersja do grubych musi dostać tytuł ,,Obciążenie roku 2017". Nie twierdzę, że odżywka jest zła: dałabym jej mocne 4, bo ładnie wygładza i dyscyplinuje, co przy zniszczonych lub wysokoporowatych włosach potrafi się przydać. Włosy są po niej bardzo gładziutkie i mięciutkie, prostują się i trudniej łapią kształt po np. koczku czy warkoczu. Dyskutowałabym może, czy ucieszą się z niej cienkie kosmyki, ale w sumie nie trzeba nakładać jej wysoko, a można wręcz na same końce. Ale szampon wywołuje taki facepalm, że dosłownie ręka przyrasta mi do twarzy! Jeśli nawet moje supersuche włosy po nim klapnęły, zmniejszyły objętość i przetłuściły się po jednym dniu, to każde inne tym bardziej...

Fructis Oil Repair 3 Butter

Fructis ze swoim hasłem: ,,mocniejsze, miękkie i lśniące włosy aż po same końce" zawsze trafiał prosto w sedno moich wysokoporowatych marzeń. I chociaż jeśli chodzi o estetykę opakowań, najchętniej trzymałabym je w piwnicy, poza zasięgiem wzroku, to niejedną butelkę Fructisa w życiu zużyłam i wychodzi na to, że niejedną zużyję ;) Trafia do mnie zapach, trafia do mnie łatwiejsze rozczesywanie, super dostępność i to, że lubi się z intensywnymi kolorami koloryzacji zmywalnej (niebieski ani róż nie blakną przy nim ani nie szarzeją). Szampon jest w porzadku, moim zdaniem niczym nie różni się od dowolnego Fructisa, jakiego używałam (bo wszystkie są bliźniaczo podobne).

Skład maski przedstawia się następująco: 

Aqua/Water, Cetearyl Alcohol, Behentrimonium Chloride, Cocos Nucifera Oil/Coconut Oil, Cetyl Esters, CI 19140/Yellow 5, CI 15985/Yellow 6, Niacinamide, Saccharum Officinarum Extract/Sugar Cane Extract, Macadamia Ternifolia Seed Oil, Hydroxypropyltrimonium Lemon Protein, Phenoxyethanol, Tridecet-6, Chlorhexidine Digluconate, Simmondsia Chinensis Seed Oil/ Jojoba Seed Oil, Limonene, Camellia Sinensis Leaf Extract, Linalool, Beznyl Alcohol, Beznyl Salicylate, Benzyl Cinnamate, Amodimethicone, Isopropyl Alcohol, Pyrus Malus Fruit Rextract/Apple Fruit Extract, Pyridoxine HCI, Geraniol BHT, Citric Acid, Cetrimonium Chloride, Butyrospermum Parkii Butter/ Shea Butter, Citronellol, Citral, Citrus Limon Peel Extract/Lemon Peel Extract, Coumarin, Prunus Amygdalus Dulcis Oil/Sweet Almond Oil, Leuconostoc/Radish Root Ferment Filtrate, Hexyl Cinnamal, Parfum/Fragrance (F.I.L. CI 191249/1)

emolienty 
antystatyki i substancje kondycjonujące
substancje pomocnicze (modyfikują konsystencję, pH, zapach, konserwują) 
proteiny
humektanty
inne substancje czynne 

Klasyczna baza emulgująco-kondycjonująca plus dociążające oleje, niacynamid (witamina B3), który łagodzi przeboje ze skórą głowy i ekstrakt z trzciny cukrowej, pod którym to pojęciem mamy zapewne ukryty cukier (ma właściwości nawilżające). Możecie nie zgadzać się z tym, że Hydroxypropyltrimonium Lemon Protein to według mnie kondycjoner, ale zawsze będę uważała, że sercem tworów tego typu jest czwartorzędowy kation amoniowy, który uwielbia włosy i chętnie się do nich przyłącza. Możecie się też zastanawiać po co o tym piszę, ale poza nerdowskim zacięciem jest to pozytywna informacja dla osób, których włosy nie lubią się z proteinami.


Może i moje pierwsze wrażenie jest niezłe. Po paru użyciach jednak czuję się trochę jak atakowana kokosem. Dokładnie tak:

Nie rozumiem fenomenu oleju kokosowego w kosmetykach do suchych włosów. Kiedy używam zbyt czesto, jest puch. Tu jest ten sam problem, choć ogólnie nowy Fructis to całkiem fajna maska jak na koncernówkę. Nie obciąża, ale dociąża, wygładza (stosowany z przerwami), zmiękcza. Smuci natomiast , że u mnie nici ze wspomnianego połysku (ale nie z kokosem takie numery). 

Botanicals Fresh Care, Bogate odzywienie, Balsam z krokoszem

Ooooo, ta seria mnie naprawdę zaciekawiła. Bardzo ładne etykiety (o ile Fructisy trzymałabym w piwnicy, o tyle dotychczasowo używane produkty L'Oreal bodaj w piwnicy sąsiada...), opakowania z tworzywa z recyklingu, obietnice pięknego zapachu... I jakie spektakularne rozczarowanie, chciałoby się rzec. To znaczy, rozczarowanie balsamem, bo szampon to typowe myjadło L'Oreal, całkiem niezłe. 
Ale zacznijmy od początku. Spójrzmy na skład balsamu: 


Aqua , Cetearyl Alcohol , Glycine Soja Oil / Soybean Oil , Behentrimonium Chloride , Cocos Nucifera Oil / Coconut Oil , Sodium Hydroxide , Benzoic Acid , Pentaerythrityl Tetra-Di-T-Butyl Hydroxyhydrocinnamate , Linalool , Linum Usitatissimum Seed Oil / Linseed Seed Oil , Isopropyl Alcohol , Caprylyl Glycol , Carthamus Tinctorius Seed Oil / Safflower Seed Oil , Hexyl Cinnamal , Glycerin , Parfum / Fragrance . (F.I.L. C191416/1)


emolienty 
antystatyki i substancje kondycjonujące
substancje pomocnicze (modyfikują konsystencję, pH, zapach, konserwują) 
proteiny
humektanty
inne substancje czynne 

Olej z krokosza  nazwy dumnie szoruje tyły składu ;) Skład jest typowo emolientowy, no i w przeciwieństwie do Fructisa olej kokosowy, który średnio mi pasuje, jest troszkę niżej w składzie. Powinno być fajnie, powinno być dociążenie, włosy połyskujące, ujarzmione. Ech, nic bardziej mylnego: nie ma w nich życia, układają się tak sobie, połysku brak. Rozczesywanie jest prostsze, a włosy miększe, ale nic poza tym. W dodatku na dłuższą metę alkohol izopropylowy podsusza mi włosy. Gdyby tego było mało, sprawia, że szybciej blaknie mi niebieska farba na końcówkach
Aha, jeszcze obiecany piękny zapach ;) Jak na L'Oreal nie jest źle, ale cudów się lepiej się nie spodziewać ;) 

To kto wygrywa? 

Według mnie najłatwiej wytypować przegranego ;) Szczerze powiedziawszy, Fructis i Nivea idą łeb w łeb. Fructis na pewno wygrywa, gdyby porównać też szampony, ale co do maski/odżywki, moje wiecznie suche, matowe i niedociążone włosy polubiły bardziej Nivea Hairmilk. 
A jakie nowości u Was?  

wtorek, 18 lipca 2017

Dlaczego kosmetyki rzadko bywają bezzapachowe?

Fenomen bezzapachowego kosmetyku jest naprawdę potężny. Z jednej strony, spytani o kosmetyki dla dzieci czy alergików jednym tchem powiemy, że ma być bezpieczny, najlepiej naturalny, nie zawierać kilku określonych składników i być bezzapachowy właśnie. Z drugiej, rzadko spotyka się kosmetyki bez dodatków zapachowych i chyba jeszcze rzadziej - takie, które nie pachną.
Postanowiłam napisać co nieco o przyczynach tego stanu rzeczy. Co sprawia, że kosmetyki mają zapach i po co właściwie dodaje się kompozycji zapachowej?

Źródła zapachu



Najbardziej oczywistym jest kompozycja zapachowa, w składzie kosmetyku występująca jako Parfum lub Fragrance. Co ciekawe, najczęściej nie służy przekształceniu neutralnego kosmetyku w przyjemnie pachnący. Może i dominuje nad pozostałymi źródłami zapachu, nie znaczy to jednak, że kosmetyk pachnie wyłącznie jej składnikami. Mało tego, czasem i tak bardziej zwracamy uwagę na to, co ma zamaskować ;) Co dokładnie? Przedstawię Wam pokrótce składniki kosmetyków, które wodzą nas za nos:

Oleje i masła - zwłaszcza nierafinowane

Oleje i masła to świetne emolienty, więc każdy chętnie wypatruje ich w składzie. Niektóre z nich mocno pachną. Bywa, że błogo i rajsko - np. olej kokosowy lub masło kakaowe, ale są i ciemne oblicza olejów. Zacznijmy łagodnie - olej konopny ma wyczuwalny trawiasty zapaszek. Ten z pestek dyni również pachnie charakterystycznie, kojarząc się lekko z nieświeżym pomieszczeniem. Mnie to osobiście ani trochę nie wadzi, ale... co np. zrobić z takim ,,śmierdzielem" jak olej rokitnikowy? Poza tym, że dostarcza skórze wielu cennych substancji, ma też inne unikalne cechy: jeśli idzie o woń, to jednym osobom kojarzy się z wymiocinami, a innym z rozpuszczalnikiem lub rozkładem.

Wyciągi ziołowe i soki 




Sprawa przedstawia się bardzo podobnie, kiedy zastanowić się nad wyciągami i olejkami z ziół. Bywa, że ich zapach jest obiektywnie bardzo przyjemny: sama bardzo lubię rumianek czy miętę. Pewnym wyzwaniem jest jednak komponowanie wyciągów i olejków ze sobą - zestaw, który fantastycznie uzupełnia się w pielęgnacji skóry, nie musi już wcale harmonijnie zgrywać się zapachem. Szczególnie, jeśli w kosmetyku mamy też inne składniki dostarczające wrażeń dla nosa.
Są też składniki o woni, która wprawdzie nie jest ani natarczywa ani przykra, ale zupełnie nie pasuje charakterem do kosmetyku.
Zwróciłyście kiedyś uwagę na charakterystyczny zapach soku z aloesu? Niejednokrotnie kosmetyki z jego zawartością zbierają cięgi za zapach - kwaskowy, lekko sfermentowany, czasem nawet obrywa się mu za ,,chemiczne" konotacje. Albo ekstrakt z brzozy, który ludzie określają jako ,,ziółka na przeczyszczenie", względnie ,,popołudnie spędzone z kosiarką". Pokrzywa, skrzyp, algi morskie... W zasadzie można wyliczać w nieskończoność, a każdy wskazałby swojego antyulubieńca ;)

Związki czynne wyodrębnione z ziół



To jeszcze inna liga. Jeśli destylujemy części roślin lub przyrządzamy z nich ekstrakt, w celu wydobycia jednego konkretnego związku, który ma interesujące pielęgnacyjne lub lecznicze właściwości, to otrzymujemy coś, co pachnie dziwnie i obco. W róslinie mamy wiele związków zapachowych, które mu wtórują, a kiedy jest sam i w znacznie większym stężeniu, potrafi zupełnie zaskoczyć. Konkretny, wydobyty z rośliny terpen potrafi zachwycić perfumeryjnym charakterem, ale też zrazić apteczną surowością. Warto być przygotowanym na to, że nie wszystko, co wzięte z natury urzeka łagodnością i naturalnością olfaktoryczną.

Hydrolizaty białek oraz aminokwasy i peptydy

A to już związki przy których przykry zapach to chleb powszedni. Gdyby jeszcze tak pachniały chlebem... ;) Ale nie, tutaj pojawi się szereg skojarzeń zwierzęcych: z potem, moczem i mięsem oraz nieco łagodniej: przyprawami lub świdrującym zapachem siarki. Do tego zapach jest intensywny, więc żeby zmniejszyć złe wrażenie trzeba się nieźle nastarać.

Konserwanty



Ale w moim osobistym rankingu składników wykręcających nos na samiutkim czele są konserwanty. Związki chemiczne są interesująco skonstruowane: wraz z właściwością zabijania drobnoustrojów, wysyłają też często komunikat zapachowy (w tej książce czytałam o badaniach, które dowiodły występowania związku między ilością pachnących przypraw w tradycyjnych daniach, a średnią temperaturą w kraju ich pochodzenia). Istnieją konserwanty naturalne, szczególnie olejki eterycze - ich zapach przeważnie odbieramy jako przyjemny. Jest też ciemniejsza strona konserwowania kosmetyków - cała reszta. Konserwanty śmierdzą. Śmierdzą tak, że laik od razu użyje sformułowania ,,sama chemia" wąhając którykolwiek z nich ;) W dużym uproszczeniu, czy na warsztat pójdą wyjątkowo nielubiane obecnie parabeny, czy darzony lepszym postrzeganiem alkohol benzylowy lub fenoeksyetanol, poczujemy coś, co porównamy do benzenu (czyli znowu wiele osób określi je ,,rozpuszczalnikiem"). Do tego już w małym stężeniu są wstrętnie intensywne. Wyjątków mamy niewiele, do głowy przychodzi mi w zasadzie tylko sorbinian potasu, z którego chętnie korzysta też przemysł spożywczy, sól i alkohol etylowy. Niestety, mają też wady, które w kosmetykach mocno dają o sobie znać (sorbiniany podrażniają, a sól i alkohol wysuszają skórę). A ponieważ konserwowany jest każdy kosmetyk, zamaskowanie zapachu substancji konserwującej jest bodaj najtrudniejszym zadaniem przed którym staje producent.

Nie pachnieć, czyli...

...zrezygnować z wielu składników? Nie chcę od razu stwierdzić, że tak właśnie jest, ale lwia cześć kosmetyków, które nie pachną, to w telegraficznym skrócie miks parafiny i silikonów, ewentualnie lekko doprawiony masłem shea (tak, piję do marek aptecznych o francuskim pochodzeniu ;) Nie mówię, że nie używam takich kosmetyków, przeciwnie, kilka bardzo sobie chwalę. Podobnie jak chwalę sobie niektóre koncernówki, kosmetyki niszowe, naturalne i z własnej kuchni. Ale jeśli chodzi o zapach, przyznam, że nie umiem się przemóc i wolę jego brak niż kakofoniczny atak olejków eteryczych albo z innej beczki: budyniowej czekolady. Każdy ma jednak inny gust i myślę, że kluczem w podejściu do zapachów jest świadomość skąd one się biorą i że nie każdy z ich świadczy o czymś podejrzanym (np. zepsuciu kosmetyku czy sztucznych dodatkach).




Co jednak lubię najbardziej?
Ano, umiar. Szczególnie umiar w kombinowaniu. Jeśli używam kremu ziołowego, nie musimy robić z niego perfum, niech sobie tymi ziołami (i nawet rokitnikiem ;) pachnie, chciałoby się rzec, na zdrowie ;)

A Wy lubicie zapach czy jego brak? Jaki kosmetyk najbardziej z tego względu lubicie, a który przyprawia Was o ciarki?


poniedziałek, 10 lipca 2017

Kosmetyki z Portugalii (do włosów :)

Wycieczki są fajne same w sobie, ale zawsze doceniam dwa bonusy: jedzenie i kosmetyki. O ile z jedzeniem bywa tak, że stołuje nas ktoś, kogo nastawienie na turystę pozostawia trochę do życzenia, o tyle w drogerii zawsze jestem dobrze obsłużona i jest mnóstwo uśmiechu i śmiechów, nawet (albo i szczególnie) jeśli nie znam języka ;)

W Lizbonie, w której byliśmy na początku czerwca, też postanowiłam sprawić sobie mały zestaw. Kusiły mnie wprawdzie niedostępne w Polsce serie kosmetyków NaturVital (słonecznikowa oraz dla brunetek) , Tressemme i Ultra Doux, ale zwyciężyła ciekawość tego, co lokalne. Kosmetyki, które wybrałam to niskobudżetowe, nie udające koncernówek i profesjonalnych serii produkty wytworzone w Portugalii. I ciekawe są faktycznie, chociaż może nie do końca dopasowane do moich włosów ;)



Oleju ze słodkich migdałów obszernie przedstawiać nie będę, napomknę za to, że on akurat nie pochodzi z drogerii, a z marketu (Pingo Doce, 1 euro ;).
Szampon to łagodne myjadło z glikozydem laurylowym (tj. kokosowym) w roli głównej. Są jeszcze dwa detergenty (ale bez Cocamidopropyl betaine, co jest małym fenomenem), a tuż po nich wyciąg z alg. Pieni się słabo, ale myje nieźle. Olej mu niestraszny, podobnie, jak sebum, co najwyżej nie ruszyłby stylizatorów. Do tego producent postarał się, żeby zapach był naturalny, ale nie naturalistyczny. Jest dobrze, następnym razem nastawiam się na kilka portugalskich szamponów ;) Poniżej dorzucam zdjęcie składu:




Odżywka natomiast trochę mi podpadła i nie chodzi o silikony, których nie unikam, tylko o znienawidzony alcohol denat. Wiem, że sporo osób nie zauważa różnicy, ale sama mam od urodzenia włosy specjalnej troski, więc nałożyłam ją dosłownie na pięć minut. Na tyle, by ułatwić roczesywanie i trochę dociążyć wystarczyło. Poniżej skład:



Ale to nie koniec ;) Bo wzięłam jeszcze magiczną ampułkę z ,,totalnie nawilżającym" serum.



Serum skład ma może nie porywający, ale wygładza i zmiękcza przecudnie. Jak się po tym zestawie mają włosy?

po lewej - z lampą, po prawej - bez lampy

Odczuwalnie nie jest źle, ale izopropanol i tak daje w kość, więc trochę brakuje nawilżenia, szczególnie ,,puchatym" końcom. Rozczesać się dają (co przy wysokiej porowatości w parze z łagodnym detergentem nie jest aż tak oczywiste), są gładkie i miękkie. Nie widzę przy tym śladu obciążenia, wręcz zyskały na objętości. Najbardziej przeszkadza mi w sumie brak połysku i trochę zbuntowane końcówki.

A czy Wy lubicie ,,kosmetyczną" turystykę?

środa, 5 lipca 2017

Na czym polega tytanowy manicure?

Jak pisałam już kilkukrotnie, mam słabiutkie paznokcie i długie kolorowe pazurki oglądam z przyjemnością tylko u innych kobiet. Czasem wywiązuje się z tego jakaś rozmowa i tak ostatno usłyszałam o tytanowym manicure i obiecałam mały wpis o tym, czy faktycznie jest taki, jak o nim piszą. A piszą bardzo chwytliwymi hasłami! O tytanowym manicure można poczytać, jako o metodzie naturalnej, bezpiecznej i nad wyraz trwałej. Rozgryziemy więc dziś, czy ów tytan ma cokolwiek wspólnego z niebywałą wytrzymałością i czy jest to naturalny manicure ,,bez chemii". Zapraszam.



Tytanowy czyli...

wytrzymały? Zawierający tytan? Inspirowany Tytanem z mitologii? ;)
Typuję, że pierwsze skojarzenie, to trwardość i odporność na pękanie i odpryskiwanie. Bardzo słuszny krok marketingowy, bo dodatek tytanu sprawia, że stal jest jeszcze mocniejsza, do tego sam metaliczny tytan waży niewiele, a sprawuje się pod tym względem godnie. W manicure tytanowym próżno jednak szukać metalicznego tytanu, mamy za to jego związek: Tlenek tytanu TiO2. Z właściwościami metalicznego tytanu nie ma wspólnego nic poza faktem, że jest w nim... pierwiastek tytan. Zerknijmy na jegomościa:



Mhm, to taki niepozorny biały proszek, przypominający nieco transparentny puder albo zasypkę do pupy niemowlaka. Bardzo miękki nie jest (ma twardość szkła), ale za żadne skarby nie utworzy sam z siebie na paznokciach jednolitej, gładkiej, twardej powłoczki. Dzieje się tak właśnie dlatego, że jest bardzo trwały i odporny - mam jednak na myśli trwałość chemiczną i odporność na działanie innych związków: nie rozpuszcza się ani w wodzie ani etanolu ani acetonie. Do tego topnieje w ponad 1800oC, a i same jego reakcje z innymi związkami trochę temperatury potrzebują, co delikatnie mówiąc, przy manicure odpada ;)
A jakieś plusy?
Bieli jak szalony, dlatego chętnie używa się go w kosmetykach kolorowych (i farbach) - świetnie wydobywa jaskrawość koloru, wszystkie barwy wyglądają w jego towarzystwie żywo i o wiele lepiej kryją. To spory atut, bo można używać cieńszej warstwy.
A skoro już jesteśmy przy warstwie, to pora przedstawić głównego kompana tlenku tytanu. Jest to substancja powszechnie znana i lubiana nie od dziś, mianowicie proszek akrylowy. Polimer akrylu to główny składnik proszku, w którym zanurzamy posmarowany bazą paznokieć. Manicure tytanowy jest więc tak naprawdę jedną z akrylowych metod proszkowych.

A jednak nic nowego

Zasadniczo sporo jest w przyrodzie sposobów, w jaki używa się akrylu. Metody proszkowe nie są szczególnie popularne w Polsce, ale nie znaczy to, że nieznane. Panokieć pokrywa się specjalną bazą (monomer z dodatkami), pudruje proszkiem polimeru i dodatków, znowu pokrywa wartwą monomeru z dodatkami do polimeryzacji i voila! Mamy paznokieć twardy jak... pleksi ;)
Akryl oczywiście ma swoje plusy: jest twardy i niezawodny. Sam mani tytanowy także być może prezencję ma dobrą i długo się trzyma, ale podkreślmy: jest to nadal akryl, tylko wykonany inną techniką. Co to ma do ochrony przyrody i wyjątkowej delikatności dla paznokcia? To już chyba wiedzą tylko osoby od reklamy ;)
 
Faktem jest, że zbiór chemii, jaką mamy w lakierach, akrylach i żelach, uczulić może każdego i o każdej porze dnia i nocy - są wszak polimery, monomery, barwniki, stabilizatory UV, aktywatory, inicjatory polimeryzacji i całe masy wszelkich dodatków. Są osoby, które źle tolerują zwykłe lakiery, takie z uczuleniem na hybrydę i takie, którym nie służy jeszcze co innego - nie da się obiecać z góry, że produkt tego typu będzie bezpieczny (spotyka się przecież nawet uczulenia na plomby, protezy i soczewki kontaktowe, które wykonywane są z tej ,,rodzinki"polimerów)

,,Naturalność" manicure tytanowego pozostawię bez komentarza. Nasuwa mi się za to jedynie jedno porównanie: do stwierdzenia, że silikony to czysta natura uzyskiwana z wody i piasku ;) Owszem, całkiem nieprawdziwe to stwierdzenie nie jest, ale z rzeczywistością wspólnego ma raczej niewiele.

wtorek, 27 czerwca 2017

Przyszłość kosmetyków i moje rozkminy :)

Nie wiem, czy kiedykolwiek pisałam Wam o tym, jak bardzo lubię czytać stare książki i artykuły poświęcone kosmetykom. Z jednej strony ciekawią mnie same receptury (poza walorami użytkowymi, niektóre są naprawdę śmieszne* albo i trochę straszne), z drugiej - same trendy kosmetyczne. Weźmy podejście do cery trądzikowej - 30 lat temu lansowano podejście oparte na intensywnym odtłuszczeniu skóry (zupełnie, jak szorowanie tłustego naczynia), później zwrócono uwagę na rolę bakterii i walkę z nimi przy użyciu substancji antybakteryjnych (ostra dezynfekcja), jeszcze później zaczął dominować trend na intensywne, niemal ciągłe złuszczanie (jakby część naszej skóry była czymś zupełnie zbędnym), teraz bardziej zauważa się, że skóra żyje, więc próbuje się jakoś ją normalizować. Co będzie dalej? W pewnym stopniu każda osoba zastanawia się nad przyszłością, no i jeśli chodzi o przyszłość życia codziennego, im bardziej śmiałe prognozy snujemy, tym bardziej trafiamy (jako ludzkość) kulą w płot ;) Nie przeszkadza mi to jednak w żaden sposób amatorsko pofilozofować na ten temat, zapraszam więc do świata swoich wrażeń:


Surowce roślinne 2.0

Według mnie fala mody na naturalne składniki wcale nie osłabnie, ale będą to raczej składniki II generacji niż te, które znamy obecnie.
Ekstrakty z roślin są naprawdę doskonałym surowcem, ale ciągle obchodzimy się z nimi w dość prosty sposób - wyciągamy z rośliny, co się da, rozpuszczając to w wodzie, etanolu lub inym prostym rozpuszczalniku, odparowujemy go i ładujemy ekstrakt do kosmetyku. Problem jest taki, że otrzymujemy w ten sposób dość wąskie spektrum związków, i co tu dużo kryć - czasem wszystkim dobrociom towarzyszy też przysłowiowa łyżka dziegciu - związek podrażniający skórę, o wyższej toksyczności niż pozostałe albo często uczulający.
Być może w przyszłości zaczniemy rozdzielać mieszaniny związków obecnych w roślinach, wzbogacając jedne kosmetyki w związki wzmacniające naczynka, drugie - w te ograniczające produkcję sebum, natomiat jeszcze inne - w te o działaniu przeciwstarzeniowym? Możliwa jest też wersja całkiem przeciwna - wyciągniemy z ziół to, co rozpuszczalne w etanolu, wodzie, CO2, niepolarnym rozpuszczalniku i połączymy to w jednym kosmetyku, wykorzystując lepiej potencjał roślin.
Być może pozbawimy olejki eteryczne związków, które stwarzają największe ryzyko podrażnienia skóry i zaczniemy używać ich we większych stężeniach? A może to metody biotechnologiczne posłużą nam do wyhodowania roślin o jeszcze większej zawartości składników aktywnych, a mniejszej - tych niezbyt pożądanych?

Kosmetyk na zamówienie - spora nisza

Mówi się, że personalizacja to trend przyszłości. Mi jednak wydaje się, że takiemu pełnemu dopasowaniu kosmetyku do osoby stoi na drodze dwóch potężnych wrogów - pieniądze i prawo. Unikalny krem na zamówienie to raczej sprawa dla osób, które mogą bardzo dużo zapłacić - testy i ocena bezpieczeństwa są obowiązkowe i płatne dla każdego kosmetyku o odrębnym składzie. Póki co, prawo dotyczące kosmetyków jest w Europie na tyle restrykcyjne, że musielibyśmy mieć do czynienia z co najmniej kilkoma stopniowymi zmianami (które, bądźmy szczerzy, wiążą się z regresem, jeśli chodzi o bezpieczeństwo), by dojść do sytuacji, że wykonanie kosmetyku na zamówienie stanie się opłacalne i zarazem dostępne cenowo dla zwykłego zjadacza chleba. Dlaczego tak sądzę? Koszt wprowadzenia jednego kosmetyku na rynek (chodzi mi tylko o badania i certyfikację, bez kosztów sprzętu, opłacenia osoby, która tworzy recepturę, opakowania etc.) to około 2-4 tysięcy złotych. Biorąc pod uwagę, że produkujemy masowo - żadne pieniądze. Biorąc pod uwagę, że przerzucamy cenę na pojedynczego klienta - spore ryzyko. Biorąc pod uwagę coś jeszcze lepszego - czyli, że płacimy tyle za krem? No właśnie - oto odpowiedź ;) Dodajmy, że przy większych problemach ze skórą zwyczajowo na zamówienie wykonuje się leki (zazwyczaj tanie).
Jak by jednak nie patrzyć, spore nadzieje są w częściowej personalizacji. Załóżmy, dwa kosmetyki o bardzo podobnym składzie - możesz wybrać czy wolisz myjadło w kostce czy żelu. Czy bardziej odpowiada Ci zapach róży czy ziół (a może ma nie pachnieć wcale) albo czy chcesz, by krem miał kolor biały czy zielony. Opcja wyboru jest ograniczona, ale masz na coś wpływ.
Myślę też, że coraz więcej marek zauważa, że ludzie zaczynają lubić robienie czegoś samemu. Zgadza się, że można nie mieć do tego wiedzy, ochoty lub sprzetu, ale i na to jest sposób: dostarczamy bazę, do której oferujemy kilka składników aktywnych do wyboru, jakoś zapach, pigment, trochę substancji zagęszczającej. Wystarczy szpatułka, butelka i łyżeczka. Wieszczę temu rozwiązaniu masową popularność i produkcję przez koncerny w rodzaju L'Oreal. Dlaczego? Spójrzmy: dla naszych rodziców luksusem było kupić meblościankę, która przyjechała do domu już złożona. Nasze pokolenie woli poskładać samemu mebelek z Ikea, ale mimo wszystko jeszcze nie piłujemy w domu desek ani nie wyrównujemy ich szlifierką, kiedy chcemy mieć stolik (do czego można porównać robienie kosmetyków od podstaw). Spece od marketingu wiedzą, że dobrze jest sprzedawać rozwiązania, które przypominają zabawę i nie ma przy nich ryzyka niepowodzenia (nikt przecież nie lubi płacić za grudki w kosmetyku i kiepski zapach).

Rewolucja opakowaniowa

Lubimy efektowne opakowania, ale też jesteśmy w miarę świadomi, co dzieje się z plastikowymi pudełeczkami, butelkami i tubami. Ta świadomość rośnie wraz z nowym pokoleniem, stąd sądzę, że w kwestii opakowań zapowiada się większa zmiana. Załóżmy, że do wyboru mamy polimery biodegradowalne, papier i szkło. Z papierem jest łatwo, o ile pakujemy suche produkty. Wtedy wystarczy zwykły, trochę bardziej wytrzymały karton. Gorzej, kiedy mamy do czynienia z balsamami czy tonikami - niestety, kartoniki typu Tetrapack, w które ładuje się mleko lub sok, do łatwych w recyklingu nie należą. Mamy jednak do dyspozycji szkło, które nie reaguje ze składnikami kosmetyków, łatwo je stłuc, umyć i wykorzystać ponownie. Albo nie tłuc, tylko przyjść z nim do sklepu po nową porcję kosmetyku i sądzę, że to właśnie stanie się to coraz bardziej popularne rozwiązanie.
Drugą ścieżką stają się opakowania jednorazowe, których podstawą są polimery biodegradowalne, do tego wyprodukowane z odnawialnych surowców jak np. polilaktydy lub biopoliestry. Coraz bardziej dopracowane, będą miały szansę przetrwać czas życia kosmetyku, ale łatwo rozpadną się, kiedy przyjdzie na to czas: na wysypisku, po dodaniu przyspieszających rozkład bakterii.

Zmierzch ery emulsji? 

To najbardziej śmiała prognoza. Zwykle ze słowem ,,kosmetyk" kojarzy nam się krem. Od czasu do czasu sięgamy po żel, serum lub olejek, ale krem to coś, co na stałe wrosło w naszą świadomość - łatwo się aplikuje, szybko wchłania, wdzięcznie da się manewrować jego wyglądem (dodając barwników lub modyfikując konsystencję). Śmielej mówiąc, kremy to mali oszuści percepcji - dzięki nim potrafimy nałożyć na skórę składniki, których z osobna byśmy nie użyli w obawie, że są za tłuste, że zapchają, wysuszą, podrażnią. Jest jednak pewien problem z kremami, który dostrzegają szczególnie osoby z wrażliwą lub atopową skórą. To obecność emulgatorów. Standardowy krem to jego statystyczny producent, który woli dołożyć więcej emulgatorów, by emulsja się nie rozwarstwiła i trzymała fason przez długie lata. Pomyślcie sami, z ręką na sercu, co myślicie o rozwarstwionym kremie ;) Emulgatory są jednak substancjami powierzchniowo czynnymi i nasza skóra ich nie lubi, bo emulgują i ułatwiają usuwanie ochronnej warstwy lipidowej. Jeśli więc zastanawiasz się dlaczego Twoja skóra źle toleruje np. krem do rąk i po jego użyciu masz uczucie jeszcze większej suchości, to być może jest to kwestia emulgatora (np. Cetyl alcohol, Stearyl alcohol, Coco glucoside) na drugim czy trzecim miejscu w składzie?
Dobrze, ale jeśli nie emulsja, to co? Są inne sposoby ;) Najprostszy to preparat dwufazowy. Trzeba wstrząsnąć przed użyciem, nanieść na twarz i efekt jest ten sam, a unikamy całego szeregu nieporządanych składników, które lądują do ,,ładniejszej" emulsji. Czy zyska popularność? Myślę, że szansa jest duża, bo atopia i nadwrażliwość zaczynają występować coraz powszechniej.
A może niemal całkowicie pozbyć się matrycy kosmetyku? Całe działanie przejmują substancje aktywne przymocowane słabym oddziaływaniem ze stałym podłożem. Załóżmy, że tym podłożem jest cienka, ,,żelowa" warstwa przewodzących prąd polimerów, która przypomina znane nam hydrożelowe maski. Różni się od nich tym, że jest wyposażona w czujniki chemiczne (diagnozujące np. nawiżenie czy obecność stanów zapalnych), a do tego sama wprowadza do skóry właściwe substancje i to z efektywnością, jaką dają profesjonalne zabiegi. Ponieważ jest to w zasadzie hybryda urządzenia elektronicznego i kosmetyku, zapmiętuje nasze wybory, np. wydziela zapach, który lubimy, ogrzewa lub schładza naszą twarz, a jak przystało na nowoczesny wynalazek, sama czerpie i magazynuje energię słoneczną. Domyślam się, że brzmi to wszystko bardziej jak sen niż przypuszczenie, ale uprzedzałam, że zacznę wybiegać w przyszłość, prawda?

Na zakończenie dorzucam jeszcze krótki, amatorski filmik własnego autorstwa, który przygotowałam dawno temu na konkurs poświęcony rozwojowi technologii w codziennym życiu. Możecie pooglądać na nim właśnie tę ostatnią koncepcję :)



A jak Wy wyobrażacie sobie przyszłość kosmetyków i kosmetyki przyszłości?

*pamietam lekturę książki, w której autor (lub autorka) z przejęciem opisywała żółwiowy tłuszcz jako perspektywiczną metodę walki ze strzeniem się skóry